|
Historia Jacques’a Fescha LEO KNOWLES
W mgnieniu oka rzucono się w pościg za uciekającym ulicą Vivienne mężczyzną. Próbując zmylić pogoń, dał nura w bramę budynku przy bulwarze Les Grands. Po chwili wyszedł stamtąd z niewinną miną, która jednak nie zwiodła nikogo. Fortel chybił. „To on!” – wrzasnął ktoś ze ścigających. Tu na scenę wkroczył Jean Vergne, trzydziestopięcioletni funkcjonariusz policji. Dobywając rewolweru, rozkazał uciekinierowi podnieść ręce do góry. Ten jednak wyciągnął broń i oddał trzy strzały. Vergne, wdowiec wychowujący czteroletnią córeczkę, padł martwy z kulą utkwioną w sercu. Rozwścieczony tłum popędził za zabójcą aż do stacji metra Richelieu-Drouot. Mężczyzna, wciąż strzelając, zranił jeszcze jednego ze ścigających, zanim wreszcie został obalony na ziemię. Nazajutrz wstrząśnięci Paryżanie dowiedzieli się, że mordercą policjanta jest młody Jacques Fesch, marnotrawny syn zamożnych rodziców. W towarzystwie innego mężczyzny przybył do kantoru Alexandra Silbersteina, handlarza walutą, z którym uprzednio umówił się w celu wymiany 2,2 miliona franków na sztaby złota. Kiedy Silberstein posłał syna po złoto, przechowywane w sejfie w oddzielnym pomieszczeniu, Fesch wyciągnął rewolwer i zażądał pieniędzy. Jego towarzysz uciekł. Silberstein na próżno usiłował pertraktować z napastnikiem. Fesch dwukrotnie uderzył go w głowę kolbą rewolweru, zabrał 300 tysięcy franków i uciekł. Silberstein doszedł jednak do siebie na tyle szybko, że zdążył wszcząć pogoń. W trakcie śledztwa Fesch nie okazał skruchy. Jak butnie oświadczył, żałował jedynie tego, że nie wziął ze sobą broni automatycznej. „Jestem niewierzący – oświadczył w więzieniu Sante dominikańskiemu kapelanowi – nie musi sobie ksiądz zawracać mną głowy.” Któż mógł wówczas przewidzieć, że w niespełna trzydzieści lat po egzekucji Jacques’a Fescha, we wrześniu 1987 roku, kardynał Jean-Marie Lustiger podpisze dekret otwierający drogę do jego beatyfikacji? Obecnie wielu katolików wyraża przekonanie, że ten cyniczny morderca zmarł jako święty.
Po przedwczesnym opuszczeniu szkoły Jacques został powołany do wojska i odbył służbę w Niemczech. Następnie ojciec załatwił mu intratną posadę w banku, która przy niewielkim nakładzie pracy przynosiła mu spore dochody. Jacques jednak szybko znużył się pracą i zrezygnował z niej. Czerpiąc do woli z rodzicielskiej kieszeni, Jacques nie kwapił się do szukania nowej pracy. Większość czasu pochłaniało mu żeglarstwo, jazda konna i prowadzenie szybkich samochodów. W wieku dwudziestu jeden lat młody lekkoduch zawarł związek cywilny z Pierrette Polack, córką sąsiada, będącą z nim w ciąży. Miesiąc później urodziła się im córeczka, Veronique. Rodzice Jacques’a, skrajni antysemici, nie skrywali swojego oburzenia – sama Pierrette była wprawdzie katoliczką, miała jednak ojca Żyda, a Jacques podjął pracę w jego firmie! Marthe zaoferowała synowi milion franków, „jeśli wydostanie się ze szponów tych obrzydłych Żydów”. Pozbawiony kręgosłupa moralnego, Jacques rozstał się z Pierrette i wziął od matki pieniądze. Młodzi pozostali przyjaciółmi, ale nie przeszkadzało to Jacques’owi zadawać się z innymi kobietami. Z jedną z nich miał syna, Gerarda, o którego troskę niefrasobliwie złożył na barki państwa. Po roztrwonieniu matczynego miliona Jacques’a ponownie ogarnęła nuda. Wkrótce powziął wspaniały plan. Rozpocznie nowe życie, udając się w rejs po południowym Pacyfiku na wymarzonym statku – na co potrzebował, bagatela, jedynie 2,2 miliona franków! Kiedy oboje rodzice odmówili sfinansowania tego przedsięwzięcia, wpadł na fatalny w skutkach pomysł napadu na kantor.
Adwokat nie był zresztą osamotniony. Kapelan, o. Devoyod, również nie zraził się cynizmem młodego więźnia. Fesch otrzymywał też regularnie listy od brata Thomasa, młodego benedyktyna, niegdyś znajomego Pierrette. Matka Pierrette troszczyła się o Jacques’a jak o własnego syna. Nie sposób dziś ocenić, jaki wpływ wywarły na Jacques’a ich rady i modlitwy. Niemniej jednak jego sceptycyzm zaczął się wyraźnie chwiać. „Nie miałem już takiej pewności, że Bóg nie istnieje” – pisał Jacques. „Zacząłem się na Niego otwierać, choć nie była to jeszcze wiara. Próbowałem uwierzyć jedynie przy pomocy rozumu, nie modląc się wcale, lub zaledwie odrobinę!” Doświadczenie wiary przyszło nagle, późnym wieczorem 28 lutego 1955 roku: „Leżałem w łóżku, z otwartymi oczami, po raz pierwszy w swoim życiu naprawdę cierpiąc… To właśnie wtedy z mojej piersi wydobył się krzyk, wołanie o pomoc – «Mój Boże!» – i natychmiast Duch Pana ogarnął mnie na kształt gwałtownego podmuchu wiatru, który zanika, zanim ktokolwiek zdoła się zorientować, skąd przybył. Doświadczyłem nieskończonej mocy i dobroci. Od tego momentu wierzę z niezachwianym przekonaniem, które nigdy mnie nie opuszcza”. Mimo pozornej zuchowatości Jacques cały czas miał przeczucie, że nie minie go gilotyna. Teraz jedynym jego pragnieniem była dobra i święta śmierć. Do więziennych niewygód dołączył jeszcze dobrowolne umartwienia. Chodził spać o siódmej, zrezygnował z czekolady i papierosów, uprawiał ćwiczenia fizyczne tylko dwa razy po pół godziny dziennie. „W więzieniu istnieją dwa możliwe rozwiązania – pisał do brata Thomasa – można albo buntować się przeciwko swojej sytuacji, albo uznać się za mnicha.” Biograf Fescha, jezuita o. Manaranche, nazwał jego surowy tryb życia „prawdziwym nowicjatem życia wiecznego”.
„Zobaczę Jezusa”
Po trzech latach od pamiętnej strzelaniny doszło wreszcie do procesu Fescha. Baudet usiłował wykazać, że nie było to morderstwo z premedytacją, a Jacques wpadł w panikę na widok nacierającego tłumu. Sam Jacques również próbował wyjaśnić stan swego umysłu w chwili popełnienia przestępstwa. „Czułem się, jakbym nie był sobą, jakby kierowała mną jakaś nieodparta siła” – tłumaczył. „Moja podświadomość wzięła górę, działałem pod wpływem nerwów.” Wyraził głęboką skruchę z powodu śmierci funkcjonariusza i poprosił o przebaczenie jego rodzinę. Sąd był niewzruszony. 8 kwietnia 1957 roku Jacques Fesch został skazany na gilotynę. W celi śmierci walczył z pokusą nienawiści do swoich katów. Modlił się: „Niech każda kropla mojej krwi zmyje grzech śmiertelny”. W miarę zbliżania się dnia egzekucji coraz bardziej przybliżał się do Boga. „Jeśli drżę, to nie ze strachu przed śmiercią fizyczną, ale ponieważ coraz głębiej rozumiem świętość Chrystusa i porównuję ją z moją grzesznością” – pisał do rodziny w ostatnim miesiącu. A innym razem: „To nie z poczucia beznadziei pragnę opuścić ten świat, ale po to, aby wypełnić wolę Ojca. A ponieważ przyjmuję Jego wolę całym sercem, spotyka mnie radość za radością”. Głęboko odczuwał ból, jaki zadał swojej rodzinie – jego listy są pełne miłości i troski. Przechowywał pukiel włosów swojej córeczki i pisał dziennik, aby kiedyś jego sześcioletnia wówczas Veronique mogła poznać i zrozumieć jego duchową drogę. W międzyczasie Paul Baudet nie ustawał w walce o życie Jacques’a. Kiedy sąd apelacyjny podtrzymał wyrok śmierci, prawnik uzyskał audiencję u ówczesnego prezydenta Francji, Rene Coty’ego. Rozmowa miała miejsce 24 września, na tydzień przed wyznaczoną datą egzekucji. Coty był „ludzkim” człowiekiem, ale na ulicach francuskich miast z rąk algierskich terrorystów wciąż ginęli policjanci. W takiej sytuacji oszczędzenie Jacques’a zostałoby uznane za zdradę. „Proszę zapewnić swojego klienta, że żywię do niego głęboki szacunek i bardzo pragnąłem go ułaskawić” – powiedział adwokatowi. „Czyniąc to, naraziłbym jednak życie innych funkcjonariuszy policji. Dlatego proszę, niech pan przekaże mu moją prośbę, by przyjął ofiarę własnego życia dla ocalenia innych.” Coty zwierzył się później, że w noc przed egzekucją nie zmrużył oka. Podczas gdy prezydent bezsennie przewracał się na posłaniu, Jacques kończył swój dziennik dla Veronique. „Niech umrę tak, jak Pan tego pragnie” – pisał. „Noc zapada i ogarnia mnie smutek… Pozostało mi już tylko pięć godzin życia! Za pięć godzin zobaczę Jezusa.” Nazajutrz, o godzinie czwartej rano, zakutego w kajdany Jacques’a wyprowadzono na dziedziniec, gdzie stanęła gilotyna. Był blady, ale spokojny. Na rusztowaniu poprosił kapelana o krucyfiks i ucałował go. Przed opadnięciem ostrza wypowiedział swoje ostatnie słowa: „Panno Święta, ulituj się nade mną!”. Choć wielokrotnie porównywano Jacques’a Fescha do skruszonego „Dobrego Łotra” na Kalwarii, starania o jego beatyfikację napotykały liczne sprzeciwy. Kardynał Lustiger odpowiada krytykom: „Nikt nie jest stracony w oczach Boga, nawet jeśli został potępiony przez społeczeństwo”. On sam pragnie beatyfikacji Jacques’a, gdyż „niosłaby ona ogromną nadzieję tym, którzy sobą gardzą, którzy uważają się za bezpowrotnie straconych”. |